Reszel

Reszel - miasteczko na Warmii

Przysłowia ludowe: W lipcu upały, styczeń mroźny cały.

Reszel - Ludzie znani i szanowani

Z Ałzamaju do Reszla

Z Jerzym Ramsem zamieniłem kilka zdań rok temu, podczas spotkania Sybiraków w Klewkach. Zdążył mi tylko powiedzieć jak -jako dwunastoletni chłopiec - na piaskach Kazachstanu grzebał zmarłą z głodu matkę. Poprosiłem o adres, obiecałem go odwiedzić, a on - opowiedzieć swe przeżycia. - Gdzie ja się urodziłem? - zastanawia się szęśćdziesięciotrzyletni mężczyzna. Przed wojną była tam Polska, w dowodzie wpisano mi ZSRR, dzisiaj jest to niezależne państwo - Ukraina. Nie wiem - uśmiecha się żartobliwie pod wąsem. Na pewno jestem Polakiem. Urodziłem się w 1932 roku w Przemyślanach, w województwie tarnopolskim. Spędziłem tam osiem pięknych lat dzieciństwa.

Ojciec pochodził z Krakowskiego. Jako legionista brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku, za co otrzymał działkę budowlaną w malowniczej okolicy na Podolu... Postawił dom, urządził warsztat stolarski, pomagał księdzu w budowie kościoła w pobliskim Wolkowie. Rodzina składała się z sześciorga osób - rodziców i czworga dzieci, dwóch chłopców i dwóch dziewczynek. Żyli dostatnio. Spokój został zakłócony 10 lutego 1940 r.

NA WSCHÓD

W nocy przyszli rosyjscy żołnierze, walili kolbami w drzwi. Wpuszczeni kazali wszystkim szybko się zbierać. Matka i dzieci płakały, krzyczały, żołnierze ponaglali. Widocznie jednak wiedzieli, co wysiedleńców czeka, bowiem z szaf powyciągali koce, pozawijali w nie pierzyny, poduszki, ciepłą odzież, pozabijali kury jako prowiant na drogę, wrzucili też do samochodu dwa worki mąki. Całą rodzinę zawieźli do Wołkowa. Stąd ruszył transport na wschód.

Wysiedlonych załadowali do wagonów towarowych. W wagonie stały prycze, na środku piecyk żelazny, w podłodze była dziura na załatwianie potrzeb fizjologicznych. Nic więcej. Do wagonu wraz z rodziną Ramsów wpakowano 34 osoby. Drzwi zamknięto. Dochodził zza nich szloch kobiet. W Wołkowie czekali cztery dni na skompletowanie transportu. Na dworze panował 35-stopniowy mróz.

Nieszczęśni powoli przyzwyczajali się do warunków, w jakich zostali zmuszeni żyć. Pociąg wiózł w nieznane. Czasem tylko zatrzymywał się na jakiejś stacji, a wtedy otwierały się drzwi i rozlegały się okrzyki: "po wodę" lub "po zupę".

Któregoś dnia, podczas jazdy, dwudziestoletnia dziewczyna wpadła w obłęd. Skoczyła z pryczy na rozgrzany do czerwoności piecyk, objęła go. Jej krzyk zmieszał się z krzykami świadków zdarzenia. Przerażenie poraziło widzów tego tragicznego spektaklu. Ten moment mocno utkwił w pamięci ośmioletniego Jurka. Kiedy pan Rams wspomina o tym wypadku, wilgotnieją oczy, drżą ręce. Dziewczyna zmarła. Na najbliższej stacji żołnierze wyrzucili trupa z wagonu.

Do miejsca przeznaczenia jechali miesiąc. Przez ten czas nie rozbierali się, nie myli. Cały transport, trzy tysiące ludzi.

Na początku marca dotarli do Ałzamaju, w rejonie niżnoudińskim, irkuckiej obłasti, niedaleko Bajkału. W nocy żołnierze otworzyli drzwi wagonów, kazali mężczyznom od lat 18 ubrać się i wyjść. Wagony zamknięto. Znów rozległy się krzyki, płacz, narzekania, przekleństwa. Po godzinie padł rozkaz opuszczenia wagonów przez pozostałych.

Żołnierze podstawili sanie do wożenia dłużyc. Dzieci otulali pierzynami, obwiązywali głowy. Na dworze temperatura dochodziła do minus 45 stopni. Na szczęście pogoda była bezwietrzna. Ciągniki z saniami ruszyły. Do następnego etapu poniewierki.

W TAJDZE

Około 15 km od Ałzamaju przywitał ich obóz. Baraki z drewnianych kloców, 40 m długości, ogrodzone drutem. Przy drutach, na ubitym śniegu, czarny pas z tłuczonego kamienia, którego nie wolno przekraczać. Na narożnikach ogrodzenia wartownicze wieże. Uciekać nie można, zresztą dokąd, gdy śniegu na półtora metra, a dokoła nieprzebyta tajga.

Obóz - po rosyjsku łagier.

Zesłańców popędzono do baraków. Pośrodku każdego parterowego zabudowania -wąski korytarz, z obu stron, po bokach - pomieszczenia z oddzielnymi drzwiami. W takiej komórce stały drewniane prycze wyścielone mchem. Na środku podłogi - żelazny piecyk.

- Wyciągnąłem koc i pierzynę z tobołu i położyłem się z bratem, by się ogrzać -wspomina pan Jerzy. - Zmęczenie dawało o sobie znać. Szybko zasnęliśmy. Rano obudziliśmy się mając ciała w bąblach. Pluskwy jakby czekały na nasz przyjazd - wychodziły ze szpar całymi tabunami i cięły niemiłosiernie.

Na drugi dzień zarządzono zbiórkę. Każdy otrzymał kociołek, a do niego z kuchni obozowej porcję lury, nazywanej zupą, i porcję chleba: dzieci do 10 lat - 150 g, powyżej 10 lat -- 250 g, dorośli -- 500 g. Te racje musiały starczyć na cały dzień. Kapitan - inwalida bez ręki - tłumaczył uwięzionym: jesteście w obozie, by pracować, dostajecie tu jeść, warunki macie dobre. Jakby na potwierdzenie swych słów, kazał każdemu przydzielić kufajkę i walonki

Po kilku dniach do łagru przyprowadzono z transportu mężczyzn. Zrobiło się raźniej, weselej. Jednocześnie zaczęła się monotonna praca. Mężczyźni, kobiety i dzieci otrzymali piły i siekiery - prowadzono ich w tajgę na wycinkę lasu. Dzieci musiały ścinać z powalonych drzew gałęzie, znosić na stos i palić.

Zajęcia te same, dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Przerywały je tylko przykre zdarzenia - wypadki przy pracy. Lekarze, nauczyciele, urzędnicy, ludzie nic znający leśnego zawodu ginęli przyciśnięci drzewami, z głodu, mrozu, wycieńczenia. Z niedożywienia i chorób zmarły dwie siostry Jurka. Za nieposłuszeństwo wobec przełożonych, dwa razy siedział w katałaszce, czyli karcerze, jego ojciec. Któregoś dnia wartownicy wzięli ojca do Niżnoudyńska. W maju 1941 przyszło zawiadomienie z Irkucka, że zmarł - rzekomo -na raka. Gdzie ich groby - nie wiadomo.

POD UPALNYM NIEBEM KAZACHSTANU

W wyniku wielkiej polityki "na górze", to jest podpisania porozumień między Stalinem i Sikorskim, obozowicze zostali amnestiowani. Usunięto więc ich poza teren łagru. Za ogrodzeniem stały puste baraki. Zamieszkali w nich już jako wolni ludzie. Tylko że teraz musieli żyć na własny rachunek. Nadal pracowali ciężko przy wyrębie lasu, zarobione ruble przeznaczając na wyżywienie. Tak minął wrzesień, październik, listopad.

Zbliżała się zima i kilkudziesięciostopniowe mrozy. Każdy jej się bał. Sporo rodzin postanowiło przenieść się na południc. Matka w trosce o dzieci sprzedała osobistą biżuterię, wykupiła bilet na pociąg i wraz z chłopcami udała się do obłasti południowo - kazachstańskicj. Podróż wlokła się długą trasą: przez Nowosybirsk, Karagandę, Taszkient do Czym - Kientu.

Muzułmański Czym - Kient przywitał ich żarem i starymi zwyczajami - kobiety chodziły z zakrytymi twarzami. Na przybyszów miejscowi patrzyli ze zdumieniem, jakby ci zjechali tu z innej planety. Ale przyjmowali życzliwie, okazywali gościnność, częstowali.

Matkę Jerzego wezwano do NKWD. Musiała się zameldować. Na posterunku zmuszano ją do podpisania obywatelstwa rosyjskiego. Nie zgodziła się, więc zatrzymano w areszcie. Nim wypuszczono, przesiedziała dwa tygodnie w obskurnej celi. W rym czasie chłopcy musieli sobie radzie sami.

Kilka polskich rodzin skierowano z Czym - Kientu do oddalonego o 60 km kołchozu Kyzył - tu. Miejscowe władze przydzieliły im karawanę wielbłądów. Na zwierzęta załadowano dobytek, posadzono ludzi i karawana ruszyła w podróż przez pustynię Kara - Kum. Dwa dni pod żarem lejącym się ze słońca posuwała się piaskami do leżącego nad arykiem kołchozu. Bo tam życie, gdzie woda. Kołchoz miał wodę.

Ludność kazaska przyjęła przybyszów gościnnie. Częstowała jedzeniem. Polacy zamieszkali w kibitkach, tj. pomieszczeniach ulepionych z gliny. W takich żyli też autochtoni.

- Mama miała przedwojenne monety. Wymieniała je na mąkę, mięso - przypomina Jerzy Rams. - Ze srebrnych złotówek Kazaczki robiły sobie kolczyki. One miały ozdoby, my - pożywienie.

GŁÓD

Wiosną 1942 r. przewodniczący kołchozu - a tam on sprawował najwyższą władzę

- kazał iść Polakom do pracy. Wyznaczył różne zajęcia. Pracowali zatem, zarabiali na siebie, na życic jakoś starczało. Wtapiali się w kazachską społeczność. Poznawali miejscowe zwyczaje i obyczaje. Obserwowali kochpar, czyli gonitwę mężczyzn na koniach za jeźdźcem uciekającym z baranem; uciekającemu należało odebrać głowę barana i przywieźć ją wsi jako trofeum. Ze zdumieniem przyjmowali transakcję między ojcem młodego i ojcem młodej, który córkę wydawał za mąż za konie, owce lub wielbłądy. Dziwili się też, kiedy innym razem pan młody porywał pannę i unosił ją na koniu do siebie.

W następnym roku warunki życia stały się trudniejsze. Jedzenia nie zawsze starczało. Latem kradło się z pola i jadło kawony, melony, lecz gdy przyszła jesień i pola opustoszały...

Nastał rok 1944, a z nim głód. NKWD zabrało z kołchozu wszystko: owce, kozy, barany, zboże. Ziania nic zostawiono nawet na zasiew. Piętnastoletni brat Jerzego zdecydował się na pracę w kopalni ołowiu w Aczesaju, oddalonym od kołchozu o 150 km. Żeby zarobić na jedzenie. Mały Jurek został z matką, która ostatnie kęsy chleba odejmowała od ust, by nakarmić syna. Głód dokuczał coraz dotkliwiej. Zapanował tyfus. Z braku pożywienia i chorób ludzi umierało coraz więcej.

W grudniu 1944 r. zmarła matka. Chłopiec został sam. Musiał matkę pochować. Na cmentarzu muzułmańskim chrześcijan grzebać nic zezwalano. Pod piaskową górą chowano zmarłych innych wyznań i niewierzących, tam też były groby wielu Polaków.

- Miałem dwanaście lat - wspomina ze wzruszeniem Jerzy Rams. - Wykopałem dół. Wraz z moim rówieśnikiem zawinąłem ciało matki w derkę, ułożyliśmy je na kocu i ciągnąc po piachu zawlekliśmy do dołu. Zakopaliśmy. Taki pogrzeb miała tam większość.

- Po śmierci matki chodziłem po kołchozach. Niekiedy ktoś dał mi coś zjeść, innym razem w stepie u Kazacha wydoiłem kozę, napiłem się mleka, w polu szukałem kłosów, wyskubywałem ziarna. Bywało, że przez trzy dni nie miałem nic w ustach. Tak mijały dni. Walczyłem o przeżycie. Dokuczały i głód, i samotność.

DO OJCZYZNY

We wrześniu 1945 r. przyjechała do kołchozu Polka ze Związku Patriotów Polskich. Szukała polskich dzieci. Ponieważ chłopiec umiał po polsku, zabrała go do Sajranu, do domu dziecka, do polskiej szkoły. W kwietniu 1946 r. około dwustu dzieciaków, odnalezionych na kazaskich stepach, wracało w towarowych wagonach do ojczyzny. 19 maja zatrzymały się w Gostyninie. Tu przeszły trzydniową kwarantannę, otrzymały drelichowe ubrania. Jurek w Gostyninie odnalazł swego brata Stanisława, który wcześniejszym transportem przyjechał do Polski. Radość ze spotkania była ogromna. Z tej radości obaj poszli do restauracji, by najeść się do woli... ziemniaków z kwaśnym mlekiem.

Z Gostynina bracia i ich kolega, Eugeniusz Kordan (obecnie mieszkaniec Reszla) przenieśli się do Domu Dziecka w Nowym Dworze koło Morąga, skąd ich nauczyciel, Stanisław Wilczek zabrał do Reszla, przyjął do gimnazjum stolarskiego i umieścił w Państwowym Domu Młodzieży.

Pan Jerzy w 1951 r. po ukończeniu Państwowego Gimnazjum Przemysłu Drzewnego w Reszlu, podjął pracę w Spółdzielni Pracy "Czyn". Wkrótce jednak został wcielony do wojska i wysłany do kopalni "Rozbark". Przez dwa lata fedrował węgiel.

Ciągnęło go do Reszla. Może urok starych budowli, a może dlatego, że nigdy tu nie zaznał głodu? Powrócił. Do swego już miasta i do swego zakładu. Ożenił się. Ma troje dzieci i troje wnucząt. W Spółdzielni "Czyn" przepracował 38 lat. Obecnie na emeryturze. Bawi wnuki.

O latach przebytych w obozie i kołchozie mówi niechętnie, wzrusza się. Koszmar tamtych czasów jawi mu się w snach. Małego więźnia strzegą druty i wartownicze wieże. Chodzi po obozowym placu jak zaszczute zwierzę. Mały więzień lagru? Nic mógł pojąć urzędnik w Warszawie wypisując panu Jerzemu do zaświadczenia o uprawnieniach "deportowany do ZSRR". Jakby to było zwykłe zesłanie. Na pobyt w przedszkolu.

Artykuł pochodzi z Magazynu Dziennik Pojezierza nr 140 z 21 lipca 1995 r.
Znalazł się tutaj dzięki uprzejmości: Bohatera - pana Jerzego Ramsa, jego syna - Piotra Ramsa i oczywiście autora - redaktora Tadeusza MATULEWICZA.
Wszystkim serdecznie dziękuję.
Krzysztof Majcher

Dnia 16 kwietnia 2008 r. o godz. 2.00 w wieku 76 lat zmarł Pan Jerzy Rams. Pokój Jego Duszy.

REKLAMA

opublikowano: 2005-06-17, © Tadeusz Matulewicz,

1906

ostatnie artykuły z tego działu:

REKLAMA

fot. Jarosław Ożański
Pan Jerzy Rams z małżonką na uroczystości "Złote Gody" w Urzędzie Gminy w Reszlu 2005 r.
fot. Jarosław Ożański
Pan Jerzy Rams z małżonką i Burmistrzem Reszla na uroczystości "Złote Gody" w Urzędzie Gminy w Reszlu 2005 r.
fot. Tadeusz Matulewicz
Dziwiliśmy się obyczajom Kazachów. Żonę trzeba było kupić lub ukraść. Ojciec młodego uzgadniał z ojcem młodej ile koni, wielbłądów lub baranów będzie go kosztowała synowa. Czasem młody wykradał narzeczoną. Jeśli byli w zmowie, to ona mu pomagała w uciecze. Jak wykradl, nie musiał płacić - wspomina po lalach Jerzy Rams.
(Zdjęcie z 1995 r. zeskanowane z gazety.)